wtorek, 29 maja 2012

Gwóźdź do trumny (przemysłu komiksowego)


Kolejny tekst na łamach Dwutygodnika. Bez korekty się nie obyło, ale wydźwięk się nie zmienił. Co do samego tekstu to zdaję sobie sprawę, że moja opinia jest w jakimś stopniu subiektywna, ale znacznie mniej niż ludzi twierdzących, że "Constantine" to udana adaptacja.  


 Już jakiś czas temu dwie najważniejsze marki komiksowe - DC i Marvel zostały wykupione przez wielkie korporacje Warner i Disneya, które uczyniły sobie z nich prywatne folwarki. Większość filmów superbohaterskich tworzonych w tych studiach ma swoje pięć minut, a potem najczęściej zostaje zapomniana. Uchodzą za kurioza i są interesującym kąskiem chyba tylko dla kolekcjonerów dewocjonaliów związanych z ich ulubionym bohaterem. Jak trafnie zauważył goszczący w zeszłym roku w Polsce Terry Gilliam, adaptacje komiksów nie posiadają największej zalety swoich papierowych odpowiedników. Ze względu na tani proces tworzenia historii obrazkowych medium daje artystom dużą wolność. Film, w który zaangażowane są setki osób i miliony dolarów, tworzony jest zgodnie z widzimisię producentów i z prawami rządzącymi rynkiem, przez co zostaje odarty z najbardziej intrygujących, nieszablonowych elementów, które cechowały oryginał. Niestety, zaczęło się to odbijać również na papierowych opowieściach o superherosach. Firmy matki odciskają piętno na komiksowych filiach, traktując je jako wylęgarnie tytułów do zekranizowania. W przemyśle komiksowym zaczęła panować korporacyjna atmosfera i nasilił się typowy dla amerykańskiego showbiznesu brak poszanowania dla autorów. O całym procederze od lat bardzo krytycznie wypowiada się jeden z najczęściej adaptowanych dziś twórców komiksowych Alan Moore. Sam już dawno trzyma się z dala od potentatów przemysłu komiksowego, i usilnie próbuje odcinać się od nieudolnych ekranizacji swojej twórczości. Do jego ataków dołączyły się ostatnio inne głosy oburzenia wyrażające niechęć do dużych wydawców, bo amerykański mainstream zdaje się być ponownie kierowany przez "mafię". Przedmiotowe traktowanie  twórców spowodowało, że część największych nazwisk w branży: Robert Kirkman ("Żywe trupy"), Mark Millar ("Kick-Ass"), Warren Ellis ("Hellblazer","Red"), Garth Ennis ("Hellblazer", "Kaznodzieja"), Mike Mignola ("Hellboy") wspomniany Alan Moore( "Strażnicy", "V jak Vendetta" "Prosto z Piekła") czy Frank Miller ("Batman", "Sin City", "300") przeniosło się do niezależnych wydawnictw oferujących im lepsze warunki.


DO PRZECZYTANIA CAŁEGO TEKSTU ZAPRASZAM NA ŁAMY DWUTYGODNIKA>>>


środa, 23 maja 2012

Krwawa fala zalewa kino - Wywiad z Piotrem Sawickim

Gościnny występ na KMF film.org.pl Wywiad z Piotrem Sawickim autorem książki "Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore" o której pisałem w zeszłym roku na łamach Dwutygodnika (klik). Wtedy też odbyła się niniejsza rozmowa, ale los sprawił, że przeleżała swoje w notatniku. Na szczęście nie zdezaktualizowała się.  Zapraszam do lektury.



Krzysztof Ryszard Wojciechowski: Twoje teksty zawsze kojarzyłem z kinem artystycznym, kulturą wysoką. Warto wspomnieć też, że piszesz teraz książkę o Kurosawie. Dlaczego czytelnikom przedstawiasz się publikacją o "złych filmach"? Skąd w ogóle pomysł na książkę o gore?    

Piotr Sawicki: Zaczęło się od tego, że kilka lat temu telewizja, chyba regionalna, wyemitowała "Noc żywych trupów", napędzając mi tym filmem wielkiego stracha. Byłem tak wstrząśnięty, że natychmiast zapragnąłem obejrzeć oba sequele filmu Romero. Po ich obejrzeniu zachciało mi się zobaczyć włoskie wariacje – w ten sposób odkryłem m.in. filmy Fulciego. I tak oto, metodą domina, ogarniałem temat coraz bardziej, przy okazji pisząc teksty do portalu Horror Online. Był to czas, gdy wyjątkowo makabryczne filmy zaczynały szturmować ekrany multipleksów, co wcześniej się nie zdarzało na taką skalę; do kin wchodziły właśnie remake "Teksańskiej masakry" i "Świtu żywych trupów", "Pasja", "Śmiertelna gorączka", "Blady strach"; nieco wcześniej było już "Nieodwracalne". Zauważyłem też, że w kinie XXI wieku na plan pierwszy wysunęły się kwestie ciała, dewiacje, a erozja wartości, która zaczęła się w okolicach roku 1968, osiągnęła punkt krytyczny. Gore wydał mi się doskonałym papierkiem lakmusowym dla stanu patologicznego materializmu, przed którym ponad 100 lat temu ostrzegał Dostojewski. Trudno o lepsze odzwierciedlenie czasów, w których zewsząd atakuje nas psychologia ewolucyjna, stale podkreślany jest biologiczny imperatyw naszych poczynań, i gdy nawet ludzką inteligencję, emocjonalność czy wartość dzieł sztuki próbuje się czynić policzalnymi. Oczekujemy od życia konkretów i gotowych odpowiedzi na wszystko? Proszę bardzo: gore to taki konkret, że bardziej już nie można. Jedyne, czego możemy być pewni w kulturze przeżartej postmodernizmem, to że mamy ciało, które kiedyś się rozpadnie.     




niedziela, 13 maja 2012

Parenteza - Elodie Durand


Choroba której doświadczyła Elodie Durand wydaje się kompletnie nieliteracka - za to dla muzyki lub sztuk wizualnych może mieć ogromny potencjał. Niemożliwy do zoperowania guz mózgu wywołujący ataki epilepsji i coraz bardziej postępujące zaniki pamięci, wymazujące nie tylko teraźniejszość, ale i przeszłość, teoretycznie sugerowałby użycie poetyki rozpadu, sprowadzenie takiej opowieści do czystej białej kartki. Zapewne zresztą właśnie ta pustka stała się motorem napędowym, pretekstem do opowiedzenia całej historii. Ale zamiast zmierzać do nicości koncentruje się na próbie przywrócenia tego, co utracone.

Choroba bywa dla artystów wdzięcznym ale i niebezpiecznym tematem. Nietrudno - szczególnie gdy pisze się o własnych doświadczeniach - popaść w patetyczną, płaczliwą tonację. Gdy mowa o chorobach umysłowych, neurologicznych, autorzy często kierują się w stronę pretensjonalnego mindfucka, obrazując meandry takich schorzeń efekciarsko, psychodelicznie, czy wręcz romantycznie. Francuzka na szczęście nie wpadła w tę pułapkę. Niezwykle znamienny dla wymowy "Parentezy" jest emocjonalny dystans autorki, który może udzielić się również czytelnikowi. Nietrudno przez to minąć się z tą subtelną historią, bo Elodie Durand nie chce szokować, nie tragizuje, nie oczekuje od nikogo litości. W jej reakcji na to, co ją spotkało nie było też nic heroicznego, w swojej opowieści wydaje się skromna i zmieszana. Przyznaje też, że zawsze miała tendencję do wypierania złych wydarzeń ze świadomości - na początku trudno jej było uwierzyć, że jest poważnie chora. Przez lata z nikim oprócz rodziny nie poruszała tego tematu. Jedynymi śladami po chorobie były skutki uboczne i wyrwa w życiorysie. Potrzeba ostatecznego rozliczenia się z tym okresem spowodowała, że pojawił się ów komiks. Gdy autorka zaczęła dochodzić do siebie, potraktowała proces twórczy jako formę terapii i dzięki niemu wybrała się na poszukiwanie straconego czasu. Fabułę buduje ze strzępków wspomnień, próbuje wyławiać przeszłość z rozmów, jakie odbyła z rodziną, która była przy niej przez cały czas, z broszur medycznych, ze swoich notatników, które zapełniała pomagającymi jej funkcjonować zapiskami i nerwowo nabazgranymi rysunkami. Praca z tym materiałem stała się kluczowa dla formy, jaką przybrała "Parenteza", bo puzzle, które uzyskała, ułożyła w niezwykle przekonującą całość.

 (kliknij aby powiększyć)

Zanim w jej życie wkroczyła choroba, Elodie zdobywała wykształcenie plastyczne w Paryżu. Po przerwie spowodowanej problemami zdrowotnymi kontynuowała edukację w Szkole Sztuk Dekoracyjnych w Strasburgu i uczęszczała na zajęcia z rysunku prowadzone przez uznanych twórców komiksowych. Mimo tego, że artystka w jakiś sposób czerpie z francuskiej szkoły ilustracji, to trzeba przyznać, że forma "Parentezy" jest bardzo swobodna, pozbawiona wszelkiego epigoństwa. Od strony graficzno- narracyjnej to po prostu komiks unikalny. Nieczęsto zdarza mi się obcować z tak dojrzałym debiutem. Jeśli na upartego chcielibyśmy "Parentezę" do czegokolwiek porównać, to momentami odnajdziemy tu dalekie związki z narracjami wykorzystywanymi przez Eisnera, jakieś skojarzenia z "Fun Home", a w grafice na pojedynczych planszach dostrzeżemy coś z Sempe - jednak trudno doszukiwać się tu jakiejś zamierzonej inspiracji.

Podobnie jak w przypadku "Logikomiksu", mimo tematyki wpisującej dzieło Elodie Durand w biograficzny czy quasi-reportażowy nurt współczesnej powieści graficznej, to rzecz nietypowa nawet dla komiksów tego sortu. Oczywiście autorce na pewno nie chodziło o rozsadzanie konwencji, ale znalazła się w sytuacji, o której marzy wielu komiksiarzy - przy oszczędności środków i nie sileniu się na wymuszoną awangardowość, stworzyła komiks ze wszech miar oryginalny, bezpretensjonalny, stonowany i szczery - a przy tym niezwykle interesujący od strony artystycznej.  Jedną z największych zalet tej opowieści jest znakomity rytm. Mimo, że wszystko jest tu niezwykle spójne, to styl rysunku i sposób komponowania plansz zmieniają się tu ze strony na stronę. Od typowego gęstego kadrowania swobodnie przechodzi do niemal pustych plansz w duchu minimalizmu, albo abstrakcji, by potem niespodziewanie sięgnąć po karykaturę. Raz tła nie ma wcale, raz jest pieczołowicie odrysowane. W swoją, stworzoną już świadomie narrację Elodie powszczepiała wspomniane wcześniej rysunki, które zapełniały jej notatniki - niezobowiązujące bazgroły, które w kontekście opowieści nabierają cech ekspresjonizmu i wyrażają jej stan ducha. 

Olga Drenda w recenzji opublikowanej na łamach Dwutygodnika sugeruje, że ze względu na swoją niepozorność, skromność to pozycja, która nie zostanie zapamiętana i nie wejdzie do kanonu. Zgadzam się. W historii medium będzie nomen omen parentezą - dziełem osobnym, wtrąconym w nawias, niekoniecznie powiązanym kontekstowo z całością gatunku. Jednak wydaje mi się, że to komiks na tyle dobry, że przynajmniej u nas nie przejdzie bez echa i zostanie wyróżniony w większości podsumowań roku.


 TEKST UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH


czwartek, 12 kwietnia 2012

Comic Book Confidential - Ron Mann

Bardzo mi miło, że znów miałem okazję oblikować tekst na łamach Dwutygodnika, a jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że przyszło mi poruszyć temat związany z komiksem. Bez korekty znów się nie obyło - widocznie tekst wymagał poprawek. Nie zmieniło to jednak jego wydźwięku. Zapraszam do lektury i do sklepu Centrali bo film jest wart zakupu.


Jest taka scena w rozgrywającym się w czasie II wojny światowej filmie Johna Boormana „Piekło na Pacyfiku”, w której Lee Marvin znajduje komiks w opustoszałej bazie wojskowej. Ten z pozoru nic nie znaczący epizod dla miłośnika kolorowych zeszytów jest równie znamienny, jak odkopywanie przedmiotów codziennego użytku sprzed setek lat dla archeologa. Jednym z twórców robiących w tamtych czasach komiksy na potrzeby wojska, był przyszły reformator medium – Will Eisner. Jego wypowiedzi pojawiają się w dokumencie „Comic Book Confidential” kilka razy. Eisner, postać nobilitowana i ceniona, pracował w branży niemal od samego początku. W późnych latach 70., wydając powieść graficzną „Umowa z Bogiem”, otworzył furtkę ambitnym artystom, którzy chcieli robić komiksy kierowane do dojrzałego czytelnika.


CZYTAJ DALEJ NA ŁAMACH DWUTYGODNIKA>>>


piątek, 6 kwietnia 2012

Kalijuga Western - zapiski na marginesie "Krwawego Południka"




McCarthy nie pierwszy raz pracował z tekstem źródłowym czy opierał się na autentycznych wydarzeniach, ale po raz pierwszy wziął na warsztat historię swojego kraju. Jako podstawy dla "Krwawego Południka" użył wspomnień napisanych przez weterana wojny meksykańsko-amerykańskiej (1846-1848), który po zakończeniu walk wraz z grupą najemników pod dowództwem Johna Glantona działał na granicy terenów zaanektowanych do Stanów Zjednoczonych. Wynajęci zostali do eksterminacji Indian, ale eskapada szybko zamieniła się w regularną rzeź wszelkiej maści cywili. Chamberlain - autor owych wspomnień - amerykańskim Ossendowskim jednak nie był i jego zapiski (wydane jako "My Confession: The Recollections of a Rogue"), na których w dużej mierze oparł się McCarthy, są dziś uznawane za niezbyt wiarygodny dokument historyczny. Mówi się, że zostały napisane głównie w celu potępienia wojny na pograniczu. Nietrudno więc szukać tu stycznych z tendencją, którą po Drugiej Wojnie Światowej zainicjował Ka-Tzetnik "Domem Lalek". Wiele wskazuje na to, że oprócz Glantona większość opisanych w "Krwawym Południku" postaci - łącznie z kluczowym dla wydźwięku powieści sędzią Holdenem na czele - nie istniała naprawdę. Nawet zwany w książce Dzieciakiem główny bohater - czy raczej protagonista, bo częściej uwagę autora zdaje się przykuwać wspomniany diaboliczny sędzia - jest tylko luźno oparty o biografię Chamberlaina.

There's no love in your violence.

Spotkanie z postaciami pokroju Holdena, okrucieństwem w sztuce, czy filozoficznym podejściem do "zła" nie jest dla mnie pierwszyzną i niestety książka nie wywołała we mnie tak skrajnych emocji jak się spodziewałem. W porównaniu do wcześniejszych tytułów z bibliografii McCarthy'ego jawi się wręcz jako powieść przygodowa, której potencjalne grono czytelników wydaje się być znacznie szersze. Niewykluczone jednak, że bardziej wrażliwy na sugestywne opisy okrucieństwa odbiorca może nie przebrnąć przez tę książkę. Mając w pamięci opinie niektórych czytelników o "Dziecięciu Bożym" wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli niektórzy ludzie nigdy po nią nie sięgną. W swoim skądinąd ciekawym artykule na temat "Krwawego Południka" Piotr Kofta, dzieląc się swoimi wrażeniami napisał: "Poznałem wiele książek, które starały się odbiorcę odrzucić i zaszokować – ale w przypadku "Krwawego Południka" musiałem sobie dawkować lekturę, by co jakiś czas ochłonąć od jej toksycznej atmosfery."


"Krwawy Południk" jest książką piękną i okrutną, ale nie tak uniwersalną jak dajmy na to "Malowany Ptak" - w przeciwieństwie do powieści Kosińskiego nie ma w nim obecnego pierwiastka niewinności. Jeśli szukalibyśmy w nim dobra, to musielibyśmy uznać, że dobrem jest "mniejsze zło". Oczywiście najciekawszy pozostaje tutaj dysonans między poetyckim językiem, jakiego używa McCarthy, a ilością dosadnej przemocy, jaką nim opisuje. W jego prozie nie tylko obrazy bestialskich mordów, ale i sceny z codzienności przywołują apokaliptyczne malarstwo Bruegla i Boscha. Jednak z każdą kolejną stroną monotematyczność przytłacza do tego stopnia, że po lekturze pozostałem z wrażeniem, że naprawdę niewiele dzieli już tę prozę od wynaturzonej grafomanii, sprawiającej przyjemność napawającemu się okrucieństwem autorowi. Nic dziwnego więc, że na tym poziomie książka jest często porównywana do twórczości Markiza De Sade. Oczywiście, biorąc pod uwagę subtelność w ukazywaniu (czy raczej zaledwie sugerowaniu) przemocy i dewiacji w jednej ze wcześniejszych powieści McCarthy'ego "Dziecię Boże", zdaję sobie sprawę, że ta eskalacja jest celowym zabiegiem, eksplorowaniem pewnej formy literackiej i kolejnym z wielu oblicz eksperymentującego ze środkami wyrazu autora. Prawdopodobnie jego celem było też udowodnienie czytelnikowi, że w każdym człowieku obcującym ze złem z czasem zaciera się wrażliwość i nawet największe okrucieństwa przestają robić na nim wrażenie. Kreacji wizerunku "autora-dewianta" dopełnia pomijanie w opisach obrazów przemocy seksualnej - tak, jakby była to dla niego sfera wstydliwa. Wątpię, czy się z tego kiedykolwiek tłumaczył, pewnie dlatego też w momencie pierwszej publikacji amerykańska publicystyka praktycznie przemilczała "Krwawy Południk".

Problem pogłębiał pewnie fakt, że McCarthy'ego nie interesuje kreślenie rysów psychologicznych postaci, przedstawianie ich pobudek. Dzieciak, który początkowo zdaje się być głównym bohaterem, dematerializuje się i łączy z bandą. Nie mamy wejrzenia w ich umysły - stanowią jedność, cwałują przez prerię jak zwarty organizm, żywioł, szarańcza. Jedyne głębsze myśli wydobywają się z ust sędziego Holdena. Ta zagadkowa postać, bezwłosy mężczyzna, erudyta, z niesamowitą wiedzą o świecie, jawi się czytelnikowi jak mason, albo wręcz namacalny dowód ewolucji człowieka - przy czym jego ogłada nie przeszkadza mu być najokrutniejszym, najbardziej zwyrodniałym i cynicznym z bandy Glantona. Może kojarzyć się z Kurtzem z Jądra Ciemności czy też jego reinterpretacją z Czasu Apokalipsy, ale w swojej wszechwiedzy wydaje się też niesamowicie bliski Gullowi, domniemanemu Kubie Rozpruwaczowi z komiksu Alana Moore'a "Prosto z Piekła". Nietrudno się jednak domyśleć, że do czytelnika jego ustami przemawia tak naprawdę sam McCarthy.

The Decline of Western (Civilization)

Jak już wspomniałem, w "Krwawym Południku" brak hermetyczności, która cechowała wczesne powieści McCarthy'ego. To krok w stronę gatunku i w stronę czytelnika. Jest to krok wdzięczny, ale dla mnie osobiście mniej subtelny i udany od strony artystycznej, niż w przypadku "Dziecięcia Bożego", przy którym mogliśmy gdzieś na marginesie najwyżej zauważyć, że to thriller. Co prawda książkę porównywano do "Iliady" i do "Moby Dicka" i nie jest to przesadą, skojarzenia są trafne, ale od której strony byśmy jej nie gryźli, jak głęboko w nią nie wchodzili, to zawsze dojdziemy do wniosku, że na pierwszym planie to przede wszystkim wybitny western, arcydzieło gatunku.



Nie można jednak powiedzieć, że McCarthy zajął się jego dekonstrukcją, bo to trochę tak, jakby powiedzieć, że gitarowy drone dekonstruuje muzykę rockową, czy ambient muzykę rozrywkową. Powieść McCarthy'ego cechuje całkowity brak paradygmatu. Amerykańscy krytycy nazwali "Krwawy Południk" "westernem ostatecznym". Nie jest to pusta etykietka i nie do końca dotyczy apokaliptycznego wydźwięku książki. To bardzo trafne określenie, szczególnie jeśli popatrzymy na nią z dzisiejszej perspektywy. Mimo, że po raz pierwszy ukazała się w 1985 roku, to po dziś dzień nie powiedziano już nic tak istotnego dla gatunku, do tego western filmowy przez wiele lat wcale nie przyjmował do wiadomości istnienia "Krwawego południka". Filmy czerpiące w jakiś sposób z dzieła McCarthy'ego pojawiły się dopiero w poprzedniej dekadzie. Najwyraźniej widać to w dwóch obrazach: "Tracker" i "Proposition". Co znamienne, oba filmy powstały na Antypodach - prawdopodobnie dlatego, że tylko tam było to możliwe. Australia to kraj nie posiadający mitu założycielskiego, tylko kolonia karna, której historii świadomość zbiorowa nie postrzega przez pryzmat popkulturowej konwencji. Również ludobójstwo, jakie się tam dokonało, jest zazwyczaj nazywane po imieniu.

W "Proposition", opartym o scenariusz Nicka Cave'a (do którego twórczości McCarthy jest chętnie porównywany przez polskich krytyków), była to wizja tak bliska, że to właśnie reżyser tego obrazu - John Holicot - został wybrany do przeniesienia "Drogi" na celuloid. Film został powszechnie uznany za nieudaną ekranizację, przez co i o "Krwawym Południku" zaczęła krążyć opinia dzieła nieprzekładalnego. McCarthy, zapytany o to przez dziennikarza "Wall Street Journal" mówi: "To bzdura. Fakt, że to ponura i krwawa historia nie ma nic do rzeczy w kwestii, czy można ją przenieść na ekran. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że książkę bardzo trudno zaadaptować i trzeba by kogoś z bogatą wyobraźnią i jajami. Ale efekt byłby nadzwyczajny."

Czytelnik zaznajomiony z antywesternem i ze względu na tematykę mordowania Indian spodziewający się tutaj kojarzonych z nim kontestacyjnych treści - antyrasistowskich, antywojennych czy potępiających kolonizację, mocno się zdziwi. Autor zmusza nas wręcz - podobnie jak w przypadku "Dziecięcia Bożego" - byśmy brali stronę okrutnych oprawców, czy też raczej tak jak Pasolini w "120 dniach Sodomy" każe nam patrzeć i pozostaje przy tym zimny i bezstronny.

W tekstach poświęconych "Krwawemu Południkowi" często podkreśla się, że książka nie mogła by powstać przed Holokaustem. To dość trywialne i efekciarskie sformułowanie, odnoszące się zapewne do wpływu, jaki zagłada wywarła na literaturę, ale warto zauważyć, że sprytnie odsuwa też uwagę od istoty sprawy: od historii Stanów Zjednoczonych i czasów, o których McCarthy opowiada. To właśnie na terenie obu Ameryk trwały najintensywniejsze i najbardziej długotrwałe formy ludobójstwa, wyniszczające rdzenne cywilizacje tych kontynentów. Intencją McCarthy'ego nie jest jednak oddanie im sprawiedliwości. Indianie, tak chętnie ukazywani w odbrązawiającym western kinie lat siedemdziesiątych jako uduchowieni, szlachetni wojownicy lub skrzywdzone, bezbronne istoty, w "Krwawym Południku" są zdziczałymi, groteskowymi stworami z najgorszych koszmarów sennych, hordą prosto z Mordoru, a ich przybycie kończy się scenami kojarzącymi się z obrazem Bruegla "Triumf Śmierci". Ustami sędziego Holdena McCarthy jednak podkreśla, że to Indianie skażeni, zdegenerowani, a ich wszelkie pozytywne cechy zanikły w wyniku zetknięcia z cywilizacją białych. Podobnie nie są faworyzowani murzyni, a właściwie chyba tylko jeden występujący w książce - z racji tego, że został wchłonięty przez zachodni krąg kulturowy - jak podkreśla McCarthy - nie różni się niczym od białych oprawców. Wszystkie rasy zostały zrównane, tak samo skalane w obliczu Kalijugi.

Et in Arcadia Ego

Wielu bardziej wnikliwych czytelników "Krwawego Południka" doszukuje się w nim elementów przynależnych gnozie. Jednak ten aspekt jest tak ukryty, stricte symboliczny lub suchy jak w przypadku "Suttree" (poprzedniej powieści McCarthy'ego, zbudowanej na Nowym Testamencie), że trudno jednoznacznie coś na ten temat powiedzieć. Sytuacji nie poprawia to, że sam McCarthy tradycyjnie milczy na ten temat, charakteryzując "Południk" jako powieść otwartą. Na pewno chciał przedstawić Holdena jako postać tajemniczą, skłaniającą do poszukiwań jego odpowiedników w religii i kulturze. Może faktycznie - tak jak sugerują zwolennicy gnostyckiej interpretacji- symbolizuje Boga, Demiurga, Szymona Maga, a może to po prostu westernowy odpowiednik Alistaira Crowleya, co sugerowałyby jego tyrady na temat kreowania świata wedle swojej woli. Można się też zastanawiać, czy banda Glantona nie jest awatarem poszukiwaczy świętego Graala, a Holden ich przywódcą duchowym, swoistym Merlinem. Eksterminacja Indian wiąże się ze zdejmowaniem im skalpów, sędzia jest bezwłosym mężczyzną (przez Chamberlaina opisywanym jako albinos), co prawdopodobnie sugeruje jego nieśmiertelność, lub, jeśli skalp symbolizowałby duszę - zapewne brak duszy.


Ciekawe jest też to, że oprócz drygu literackiego, pierwowzór Dzieciaka - Chamberlain wykazywał talent plastyczny. Pozostawił po sobie wiele obrazów, które, jak pewnie się już domyśleliście, zdobią niniejszy tekst. Jednak w "Krwawym Południku" to właśnie sędzia sięga po ołówek i skrzętnie odrysowuje wszystko, co spotka na swojej drodze. Można uznać, że to po prostu licentia poetica, ale według mnie wskazuje to raczej na zamierzony dualizm. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tytułem powieści. Jedna z interpretacji głosi, że chodzi o miasteczko w Teksasie, w którym Dzieciak po raz pierwszy spotyka sędziego - Nacogdoches znajduje się na południku, który oddzielał rubieże Stanów Zjednoczonych od terytorium Meksyku, cywilizację od dzikości. Czy więc przejście przez południk symbolizuje znalezienie się w zaświatach? Przejście do miejsca mogącego być analogicznie zestawionym ze strefą znaną ze "Stalkera" i "Pikniku na skraju drogi"? McCarthy pozostawia też ciekawe tropy w scenie z kartami tarota. Oprócz wróżby dotyczącej przyszłości bandy Glantona, w bujnym opisie zostaje wspomniana, ale nie wylosowana, karta "Arcykapłanka". Karta ta posiada ukryte znaczenie: dwie kolumny symbolizujące Wenus i Marsa, ogień i wodę. Posuwając się dalej w kierunku tej interpretacji dotrzemy do kabalistycznego Drzewa Życia i dwóch jego przeciwstawnych kolumn prawej - męskiej, lęwej - żeńskiej (odpowiadającej zasadzie Din - co oznacza sąd!). Między nimi ukryty jest punkt - Daath. Według Thelemitów "mieszka" tam demon intelektu Choronzon, który chce złapać Maga w pułapkę utkaną z myśli. Daath to otchłań, która jest portalem do innego świata. Kto ją przekroczy, znajdzie się poza dobrem i złem - symbolizuje wyjście po za owy dualizm. Czy więc przejście południka wiąże się ze wstąpieniem w Daath?

Pamiętając też o częstych odwołaniach McCarthy'ego do Biblii, możemy również uznać, że "Krwawy Południk" jest uzupełnieniem życia Jezusa Chrystusa, wariacją na temat tego, gdzie przebywał między wiekiem dziecięcym a dorosłością, albo na temat odejścia Boga na pustynię. Są to jednak tylko poszlaki, które dla nas, maluczkich, niekoniecznie pogłębiają sens tego, z czym obcowaliśmy, ale na pewno dają pole do wielowymiarowej interpretacji i powiem szczerze, że chętnie bym taką interpretację napisaną przez kogoś mądrzejszego ode mnie przeczytał. Jednak mimo śladów mistycyzmu nie nazwałbym tej książki westernem metafizycznym. Związki z najważniejszymi przedstawicielami tego "nieistniejącego gatunku" (na przykład z "Truposzem") są oczywiste, ale czuje się, że "Krwawy Południk" to jednak coś innego. "Bóg to wojna" mówi bez ogródek sędzia Holden, a czytelnik nie ma innego wyjścia, jak w duchu przyznać mu rację. W jakimś sensie McCarthy wymazuje metafizykę lub sprowadza ją do czynu i cielesności, do okrutnej paraboli, którą najtrafniej zobrazują słowa przypisywane Baronowi Ungernowi von Sternbergowi: "Dobro i zło nie istnieją, tak jak i życie i śmierć. Jest tylko działanie. Walka.".

środa, 21 marca 2012

Hellblazer - Original Sins


"-What was like being a British comic book writer in the eighties?
-Well, I enjoyed it, mostly—but then I was stoned nearly all of the time."




Jamie Delano, jeden z twórców zaliczanych do nurtu brytyjskiej inwazji lat osiemdziesiątych, zdaje się dziś stać w cieniu innych swoich kolegów z Wysp. Jednak to niewątpliwie utalentowany scenarzysta, którego pracom warto się przyjrzeć. Wielu z Was słyszało pewnie o znakomitym "Tainted"(1995), a ostatnią pozycją w jego dorobku o której było głośno zdaje się miniseria "Narcopolis" (2008). Jednak najbardziej znany jest oczywiście z tego, że pod sztandarami Vertigo definiował stworzoną przez Allana Moore'a postać londyńskiego maga Johna Constantine'a.

Podobno w Vertigo rekomendował go sam Moore. Powierzenie mu tej serii było trafną decyzją. Twórczość Delano charakteryzuje ciężki, zawiesisty styl, przygniatająca atmosfera i częste podążanie w stronę psychologicznego thrillera z dużą dawką psychodelii. W internecie można natknąć się na porównania jego dorobku do filmów Cronenberga. Jest w tym dużo prawdy, ale w przypadku "Hellblazera" sięgnąłbym nawet dalej i powiedział, że komiks i postać egoistycznego maga inspirowany jest prozą i postawą, jaką przybierał wobec świata sam William Burroughs. To świetny pomysł i znakomity grunt dla rozwijania tej serii. Stojący gdzieś na marginesie społeczeństwa Constantine porusza się w świecie demonów i magii tak jak - wspomniany zresztą w komiksie - autor "Nagiego Lunchu" w świecie narkotyków i sodomii. John podobnie do Burroughsa jest osobą wpływową i znaną w wielu kręgach, lecz najczęściej nie zobaczymy go na salonach, a na ulicach najpodlejszych dzielnic Londynu.

Obraz "Hellblazera" który rozwinął Delano wydaje się popkulturowym odbiciem tego, co działo się w kontrkulturze tamtego okresu dotkniętej new age i okultyzmem. Na całym świecie rockowe zespoły epatowały satanistyczną otoczką, a w Wielkiej Brytanii rozwijała się nie kryjąca zamiłowania do ezoteryki scena industrialna. Narkotyki stawały się mocniejsze i powszechniejsze. W kręgach artystycznych modna była myśl i postać Alistaira Crowleya, a status kultowej uzyskiwała napisana przez Roberta Shea i Roberta A. Wilsona "Trylogia Illuminatus". Podejrzewam, że właśnie w takiej atmosferze klarowało się uniwersum Constantine'a. Komiks nie jest jednak podręcznikiem magii chaosu ani niczym w tym stylu. Delano interesuje psychologiczny aspekt opowieści i ciemne strony ludzkiej natury. W "Hellblazerze" zmuszony jest je wyciągać ze schematów gatunkowych i trzeba przyznać, że wychodzi mu to nadzwyczaj udanie. Dość mocno eksplorowany horror cielesny nie funkcjonuje tu tylko jako metafora - w komiksie pojawia się temat AIDS i innych lęków cywilizacyjnych, autor nie boi się też poruszać problemów społeczno-politycznych. Widać, że nawet gdyby chciał pisać proste, płytkie historie, to nic dobrego by z tego nie wyszło. Za każdym razem, gdy próbuje trywializować, zniżać się do konwencji, trafia na manowce. Na szczęście, spośród dziewięciu zeszytów zebranych w "Orginal sins", dzieje się tak tylko w dwóch.

Mimo, że w tamtych czasach w Vertigo pisało się fabuły już w troszkę szerszym kontekście, budując długie, kilkunastozeszytowe historie, to "Hellblazera" momentami cechuje epizodyczność. Na szczęście, oprócz popsutego rytmu opowieści (co pewnie dostrzeżemy tylko czytając wydanie zbiorcze), nie zaszkodziło to za bardzo fabule. Delano celowo nie odkrywa wszystkich kart, szpikuje intrygę niedomówieniami i niejasnymi traumami z przeszłości, wplątuje Constantine'a w niewygodne zobowiązania, dzięki czemu sprytnie otwiera sobie furtkę do zbudowania wielowątkowej, zazębiającej się opowieści.



(kliknij aby powiększyć)

Wszyscy wiemy jak wyglądały grafiki w początkach Vertigo i od tej strony komiks nie różni się niczym od tego przykrego standardu. Oczywiście nie ma co ukrywać, że to właśnie rysunki hermetyzują tę pozycję. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której laik wchodzi do pełnego komiksów sklepu i nie znając kontekstu tej publikacji wychodzi akurat z "Original Sins". Jednak efektowne, psychodeliczne kompozycje plansz rekompensują pośpiech rysownika, a wszelkie niedostatki graficzne scenarzysta uzupełnia obszerną, obrazową, quasi-noirową narracją. Po lekturze mam wrażenie, że Delano jest prozaikiem, który do komiksu trafił ze względów finansowych, bo zdecydowanie bardziej interesuje go opowiadanie słowem niż obrazem. Osobiście nie tego szukam w komiksie, ale muszę przyznać, że w tej swojej przytłaczającej inne aspekty literackości znalazł własny klucz do medium i od strony warsztatu to kawał inspirującej roboty.

Dopiero wchodzę w meandry serii o Constantine, ale nietrudno dostrzec, że konsekwencje tego, co dzieje się w "Orginal Sins" odbijają się silnym echem w wydanym w Polsce runie Gartha Ennisa. Źle się stało, że Egmont zdecydował się pominąć epizody pisane przez Delano, bo za wyjątkiem grafiki (która w "Niebezpiecznych Nawykach" Ennisa lepsza nie była) jakoś szczególnie się nie zestarzały, ale sądząc po nierentowności polskiej edycji "Hellblazera", nie ma co roztrząsać sprawy. Pozostaje machnąć na to ręką i sięgnąć po oryginalne wydania.

czwartek, 8 marca 2012

Alois Nebel

Komiks do recenzji podesłało Wydawnictwo Centrala . Dziękuje!


Zawsze gdy czytałem wzmianki o "Aloisie Neblu", natykałem się na porównania do "Sin City" i "Pociągów pod specjalnym nadzorem". Mimo oczywistych związków, takie sugestie wprowadzają potencjalnego czytelnika w błąd. "Alois" okazał się zupełnie innym komiksem, niż się spodziewałem. Mimo gatunkowej, kryminalnej klamry i pewnej dozy dramatu obyczajowego, jest to właściwie opowieść aspirująca do bycia czymś zupełnie innym. Sam wątek kryminalny zdaje się być tylko pretekstowy, wybrany chyba gdy pomysł dopiero się klarował i właściwie szkoda, że przetrwał do finalnej wersji, bo w jakiś sposób ujmuje temu, czym ta trylogia jest naprawdę.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>